Archiwum
Kategorie: Wszystkie | BLAVA | BYTOM | CHILE | CISZEJ | DROGA | KSIAZKI | LONDYN | MALGOSIA | NOWA ZELANDIA | PRAHA | SALAMANCA | SEVILLA | USA | WARSZAWA | ZDJECIA
RSS
środa, 15 lutego 2017
THE SZAMPON

Nie znosze reklam szamponow do wlosow.

Przyjdzie jakas rozczochrana pani, umyje wlosy szamponem a w nastepnym ujeciu odrzuci niewinnym ruchem wydmuchane, naswietlone, 5 godzin ustawiame przez stylistow wlosy, ktore od poczatku byly zajebiste i bedzie twierdzic, ze ta zmiana to dzieki Fructis/loreal/Joanna rzepa/akogoto/niepotrzebne skreslic. Taaa

To jest tak jakbym ja pomalowala paznokcie odzywka a potem twierdzila, ze dzieki niej sa zajebiste. Nie. Takie sie urodzily i nikt (nawet ja) nie ma w tym zaslugi. Wiekszosc z nas rodzi sie z idealnym jakims kawalkiem. Dowcip polega na tym, zeby ta odzywka/szampon/ubranie pomoglo nam uczynic przepieknym ta czesc nas, ktora nie byla przesadnie udanym dzielem stworcy.

Okazuje sie, ze jednak sa takie preparaty!

A bylo to tak... Po liczych odwiedzinach u roznych specjalistow szpitalna dermatolog polecila mi szampon i odzywke. Powiedziala, ze sa drogie (1000 CZK czyli jakies 140 Pln za 500ml butelke), ale ona lepszych kosmetykow (kosmoceutykow) nie zna. Stwierdzilam, ze raz kozie smierc i po pierwszym myciu szczena mi opadla a po nastepnych utrwalila sie w dolnej pozycji. Wlosow mam ciagle tyle ile mialam (czytaj: niezbyt wiele), ale sa zdrowe, lsniace i myje je raz na 4-5 dni, bo nie ma potrzeby czesciej! Szampon kupilam w listopadzie i do teraz butelka jest ciezka, mysle, ze na 2-3 miesiace jeszcze wystarczy.

Powiedzialam o odkryciu Siostruni. Oczywiscie mnie wysmiala, bo kto by placil taka kase za szampon?!!!? No to kupilam jej taki sam pod choinke. Wczoraj stwierdzila przez telefon, ze niestety juz zawsze bedzie musiala go uzywac, bo probowala myc wlosy szamponem z drogerií, ale wygladaly tak bardzo gorzej, ze juz nie bedzie.

Dobry szampon wiec pewnie sa tam jakies swinstwa?! Oczywiscie zapytalam sie lekarki czy to jednak nie jest szkodliwe myc takim szamponem wlosy, bo musi byc jakis haczyk. Zachlysnela sie herbata i stwierdzila, ze szkodliwe to sa szampony z drogerii, bo wlosy niszcza, oblepiaja i generalnie nie robia im dobrze. Ten mam stosowac tak dlugo jak moje wlosy i ja bedziemy na niego reagowac dobrze, ona go uzywa ponad 2 lata i nadal go kocha.

Moje cudo nazywa sie:
DSD Dixidox De Luxe Kreatin Treatment Shampoo 4.1

Jest to szampon, ktory ma pomagac na wypadanie wlosow, ale w tej linii kosmetykow sa tez takie, ktore skupiaja sie tylko na regeneracji. Znajdziesz cos dla siebie.

Uzywam jeszcze sérum tej firmy i czasem peeling do skory glowy. Nie podaje linku do zadnego sklepu, bo nie jestem zainteresowana sprzedaza. Po prostu sprawdzilam, ze szampon jest super i z czystym sumieniem moge go polecic.Bardzo polecic!

Takze owszem, istnieja szampony po ktorych czlowiek popatrzy sie na siebie ze zdziwieniem, ze jego wlosy powaznie moga wygladac cudnie. Niestety nie da sie ich kupic w drogerií. I nie wierze w cuda za 16 zlotych.

13:33, agradabla , PRAHA
Link Komentarze (8) »
środa, 08 lutego 2017
CHCE BYC ROZOWA!

Nie moge spac. Oduczylam sie. Dawno, dawno temu bylam tym typem, ktory wystarczylo rzucic na jakis kawalek podlogi a ja w razie koniecznosci bylam w stanie usnac w ciagu sekundy i spac bardzo dlugo. Teraz tez w zasadzie moge spac gdzie popadnie, tylko sie mi nie chce. Boski zamknie oczy i za 3 minuty zaczyna pochrapywac. Dzieciom nie przeszkadza, ze ogladamy film, albo swobodnie poruszamy sie po pokoju w ktorym spia. Mnie wystarczy jak przeleci mucha i jestem na nogach. Tylko najpierw musze usnac. A nie moge. Zajmuje mi to strasznie duzo czasu. Leze sobie, czytam, mysle. Zwykle na koniec usypiam okolo 1 czasem 2 w nocy, a od 4 budze sie co chwile. Jesli mam szczescie i jestem bardzo zmeczona zdarza mi sie przespac troche z Zu w ciagu dnia, ale tez nie za czesto. Czasem mam ochote spac rano, po 7 kiedy zaczyna sie przebudzac Zu, wtedy dla odmiany musze wstawac ja, nawet w niedziele, bo Boski bardzo potrzebuje naladowac baterie. Te moje sa zawsze w pol drogi. Nigdy pelne, nigdy pusté. Oj wyspalo by sie do rozowa:)

07:21, agradabla , LONDYN
Link Komentarze (8) »
sobota, 04 lutego 2017
SAMOTNY WILK

autor: John Grisham

Jak dotychczas najnudniejsza i najgorzej napisana (przegadana) ksiazka autora, ktorego darze wielka sympatia. Da sie czytac? da, bo Grisham ma dar ciekawego pisania. Niestety, jak mowil moj nauczyciel geografii: jakby to napisal ktos inny to by bylo 5, ale na Grishama maksymalnie 3+. Przeczytac mozna, kupowac nie warto.

20:13, agradabla , KSIAZKI
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 stycznia 2017
EGIPT: haram, hallal

Autor: Piotr Ibrahim Kalwas

Czym wiecej czytam o krajach arabskich a przede wszystkim afrykanskich krajach arabskich, tym mniej we mnie zrozumienia i akceptacji dla islamu.

Znajomy, ktory ostatnich kilka lat spedzil w krajach zatoki ciagle powtarza, ze nie ma sensu oceniac tamtego regionu przez pryzmat naszej kultury. Ludzie islámu z Egiptu, Kataru czy (tym bardziej) Arábii Saudyjskiej na plaszczyznie obyczajow staraja sie zyc tak jak nakazal prorok 1500 lat temu. Doslowanie tak. Za kradziez obciac reke, czarnego psa zabic, bo nieczysty, a corke, jesli sa srodki, obrzezac u lekarza, a jezeli nie to u baby stara zyletka. Bo kobieta z lechtaczka jest haram, nieczysta, nikt by takiej nie chcial. A jesli dziewczynka umrze od zakazenia po "zabiegu"... maszallah - Bog tak chcial!

UNICEF pokazuje nam lzawe obrazki umierajacych dzieci dlaktorych nie ma pomocy. Tymczasem oni widza w tym Maszallah! Bog tak chcial. To Bog chcial, zebym zginal przebiegajac przez kilkupasmowa jezdnie, choc zaraz obok bylo przejscie podziemne. To Bog chcial, zebym umarl zatruty toksynami z hallal miesa krowy, ktora umarla w takich meczarniach, ze trucizny dostaly sie do krwi.

Ksiazke czyta sie szybko, momentami bardzo szybko. Autor przyjal islám i kocha Egipt dlatego stara sie nam przyblizyc jego paradoksy. Inteligentna, ciekawa, niezbyt ciezka lektura. Czy przyjemna... no nie wiem.

Zachecam do przeczytania.

22:38, agradabla , KSIAZKI
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 stycznia 2017
TANIEC

Pisalam o tym, ze Boski jest swietnym ojcem a dla mnie partnerem we wszystkich sprawach zwiazanych z dziecmi. Oczywiscie gotowanie, zadania domowe, czy lekarze to moj obowiazek (jestem w domu, on chodzi do pracy) a on ma funkcje "pomagacza", na szczescie jak trzeba to jest a przede wszystkim szanuje moja potrzebe odosobnienia i doladowania baterii.

Nasze zycie to nieustanny taniec, ekwilibrystyka, tak zeby duzo czasu spedzic razem, ale tez kazdy mial chwile dla siebie. Powtarzalny do bolu schemat, ktory z malymi modyfikacjami wdrazamy niezmiennie we wszystkie dni robocze, bo tylko tak da sie wykroic z dnia czas dla nas.

Wstajemy o 7:35. Boski wklada Zu do lezaczka w lazience i nastepnych 25 minut spedzaja razem. W tym czasie ja pakuje Gosie do szkoly, przygotowywuje sniadanie, pomagam w ubieraniu i czesze starsza panienke.

Od 8 do 8:05- 10 mam czas na swoja toalete. Nastepnie siadamy razem do sniadania.

Okolo 8:20 zwykle wszyscy wyruszamy do szkoly Gosi. Docieramy tam okolo 8:45 (to 1,5-2km w zaleznosci od wybranej trasy), potem Zu i ja odprowadzamy Boskiego do pracy i idziemy na zakupy.

Do 15:20 mamy z Zu czas dla siebie, na spacer, na ugotowanie obiadu, no i jej 2-2,5h spania, w czasie ktorych zwykle musze lezec karmieniem obok niej.

Jesli Gosia nie ma zajec pozalekcyjnych odbieramy ja o 16. W drodze do domu cwiczymy slowka na test, ktory ma w kazdy piatek i powtarzamy jakas cyfre z tabliczki mnozenia. Docieramy z powrotem okolo 16:30-40 (czesto trzeba zahaczyc o sklep i kupic "cos dobrego"). Do 18 Gosia odrabia zadania domowe. Bywa, ze w tym czasie kapie dziewczynki. Jesli nie, po 18 Gosia otwiera komputer i oglada jakies filmy albo gra w gry. Okolo 18:15 wraca Boski. O 18:30 na stol wjezdza obiad. Jemy mniej wiecej do 19.

Od 19 do 20 mam czas na plywanie w wannie z ksiazka i herbata. Boski albo idzie z kobietami na spacer, albo pasie je jakos inaczej (nie wnikam). W wyjatkowych wypadkach slucha jak Gosia czyta zadaná ksiazke, albo robia cos do szkoly. Jestem macocha wiec zwykle nawet jesli wyja pod drzwiami lazienki to zywcem mnie nie wezma, nie wyjde, bo to moja godzina. Chyba, ze przyleca dwa golasy i sprawdzamy wypornosc:) Po kapieli sprzatamy i okolo 20:30 zaczynamy grac gry (kroluje czlowieku nie irytuj sie, warcaby albo inne dobble).

O 21 toaleta, bajka na dobranoc i ja usypiam kobietki a Boski ma czas dla siebie. Dziewczyny usypiaja po 22.

Pod koniec dnia Boski i ja chwile gadamy, ogladamy odcinek serialu albo kawalek filmu. Boski usypia a ja razem z nim, albo jeszcze troche czytam.

Nuda,  brak spontanicznosci, rutyna, powtarzalnosc, monotonny taniec na linie. Dokladnie tak jak lubie:)

13:15, agradabla , LONDYN
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 stycznia 2017
SPRAWOZDANIE

Niedziela: Niedziela to dzien kiedy Boski spi do 10:30 a ja bawie sie z kobietkami. Gosia za chwile bedzie miala 7 lat, jest na etapie uczenia sie swiata. I tym razem chciala zrobic cos dobrego, padlo na deser w paski (owoce, nasionka a na to budyn czekoladowy, waniliowy i znowu czekoladowy). Ugotowalysmy obiad, dziewczynki sie wykapaly, a Gosia zaczela rysowac laurke na urodziny kolezanki z klasy. Co ciekawe, kolezanka zaprosila dzieci do kina. Za tydzien Gosia ma zaproszenie do kina w bloku kolegi :))

Gosia: czasem mam przeblyski jak widze jaka ona jest sliczna. Przyjemne. Zaczela chodzic na balet do domu kultury obok szkoly. Cudowna jest ma moja pannica bardzo jak tam tak tanczy.

Zu: Zu ma katar. To pierwsza londynska "choroba" od zeszlego czerwca. Mamy w domu bardzo zimno (okolo 16 stopni w dzien i 13-14 w nocy), co samo o sobie nie jest przyjemne, ma jednak ta zalete, ze nie rozwijaja sie zarazki. Gdybysmy teraz pojechali do Pragi i mieszkanka wygrzanego do 22C to pewnie zaraz by cos chwycila. Tutaj mamy spokoj.

Brexit: Jakby ktos sie pytal jaki wplyw ma grozba brexitu na przecietnego mieszkanca wysp odpowiadam: ceny ida na gore. Jesli ktos ma slaba pamiec to moze nie zauwazyc. Kto patrzy, widzi. Jak przyjechalismy do Londynu jedna cytryna w Tesco kosztowala 30p. Po jakims czasie 32p, potem 38p a teraz 39p. Rok temu mozna bylo w Waitrose dostac 12 zonkili za 1 funta. Teraz za tego samego funta nalezy sie tylko 10 kwiatkow. Na szczescie na chwile obecna nie zmienily sie ceny czesnego w szkole Gosi. To mogloby nas zabic.

Praca: W kwestii mojego szukania pracy bez zmian. Nadal zadnej (w Londynie) nie mam. Zaczynam rozwazac samodzielne wytworzenie sobie miesca pracy. Pomysl jest na razie swiezy, wiec nie bede zdradzala szczegolow.

Wlosy: Hmm, biodegradacja postepuje. Powoli, ale jednak. Udalo sie troche zwolnic caly proces. Na chwile nawet prawie zatrzymac, ale teraz mam wrazenie, ze znowu jest troche gorzej. Nie poddaje sie jednak. Czlowiek musi miec jakies wyzwania, zeby mu nie bylo za dobrze. Bardziej mnie ta sytuacja dziwi. To nieprzyjemne pytanie: dlaczego ja? ...a dlaczego nie ja?

Netflix: Nadal ogladam "the Crown" i "Gilmorki". Do tego ostatnio doszlo "Good wife" i sporadycznie "Jak poznalem wasza matke". Wczoraj ogladalismy "Podroz na sto stop" (The Hundred-feet journey"). Niezle, ale nie powala.

Ksiazki: "Egypt: Haram, halal" Kalwasa. Jak dokoncze napisze wiecej.

Filozoficznie: Na koniec. Po urodzeniu Gosi wrocilam do pracy jak miala 2,5 roku, czyli ja 35,5. Pamietam mlode dziewczyny z mojego teamu troche krecily nosem, ze tak pozno mialam to dziecko. Teraz pomalu dobijaja do mojego wieku w tym czasie i... dzieci nie maja. Z roznych przyczyn. Niektore z technicznych, inne nie zebraly jeszcze odwagi. Niedawno posylalam jednej z nich artykul o tym, ze wedlug najnowszych badan dzieci powinny spac z rodzicami do 5roku zycia (oczywiscie jesli chca). Odpisala mi pytaniem: co z zyciem partnerskim? To taka laska co lubi na piwko ze znajomymi, na euroweekendy, chetnie wyskoczy do kina. Myslalam chyba z dwa dni i w koncu znalazlam wlasciwa odpowiedz. Zycie partnerskie dopiero sie zacznie. Do kina mozna isc z kolega, kolezanka, sama. W tym czasie ciezko stwierdzic czy ten drugi jest dobrym partnerem. Jak maly potwor drze sie trzecia godzine w kwalku, posral sie 7 raz w ciagu dnia, albo lezy na ziemi przed kasa w supermarkecie, wtedy dopiero poznajemy partnerskie zycie. Milo konstatowac, ze pod tym wzgledem mialam duzo szczescia. 

13:11, agradabla , LONDYN
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 stycznia 2017
SHANTARAM

Autor: Gregory David Roberts

Nie bylo mnie, bo czytalam.

Shantaram jest bardzo wyciagajaca, napisana barwnym jezykiem, niezle przetlumaczona ksiazka.

Co sie bedziemy oszukiwac, czyta sie swietnie. Albo nie, pierwszych 40 stron nie wiedzialam czym sie wszyscy zachwycaja, kojenych 400 lecialam jak burza z zachwytem, tyle sie dzialo a na konec 350 ostatnich stopniowo zaczynalo nuzyc.

Autor niewatpliwie potrafi pisac. Nawet gdyby w rzeczywistosci przydarzyla mu sie 1/3 opisanych przygod, to i tak mialby ultra ciekawe zycie. Zwrotow akcji, wymiarow, postaci jest taka ilosc, ze pod koniec nie chcialo mi sie tego wszystkiego pamietac.
Mysle, ze gdyby ksiazka zamiast 800 stron miala 600 bylaby jeszcze lepsza. Czasem za malo zostaje pola do wyobrazni, wole sama sobie wyobrazic kolor oczu, albo chociaz guzikow plaszcza! Krotko mowiac kiedy po raz kolejny zabili go i uciekl, ucieszylam sie, ze to jednak konec.

Czytalam troche recenzji Shantaram, niektorzy pisza, ze to grafomanstwo. Mno. Fakt, ze czasem autor troche sie zakreca w pseudointelektualnych, "filozoficznych" opisach. Z drugiej strony? Ja tam wole jak ksiazka ma o krok blizej do harlekina niz do Orhana Pamuka, ktory jest nosicielem nagrody Nobla a jego ksiazki mnie tak nudza, ze mam ochote walic glowa o sciane.

Siostrunia pytala sie czy chce druga czesc Shantaram? Chce, ale na nastepne urodziny, musze odpoczac. Styl Robertsa jest jednak dosyc specyficzny, gesty od slow i opisow, przekapujacy zdarzeniami, a ja wlasnie skonczylam jego 800 stronnicowa ksiazke. Uwielbiam wszystko co napisze Grisham, ale i tak wiecej niz 2-3 jego powiesci jedna po drugiej nie mam ochoty czytac. Shantaram wystarczy za 2-3 ksiazki.

Mozna lubic bita smietane, ale na czwarty litr z przyjemnoscia pare miesiecy poczekam.

 

01:02, agradabla , KSIAZKI
Link Komentarze (4) »
środa, 11 stycznia 2017
JESZCZE JEDEN ODDECH

autor: Paul Kalanithi

Nie wiem czego sie spodziewalam, ale z cala pewnoscia wiecej. 

Ksiazka opowiada o zyciu i umieraniu na raka amerykanskiego neurochirurga Paula Kalanithi. Najbardziej udezyl mnie brak ludzkosci, taktu, wspolczucia w amerykanskim systemie ksztalcenia lekarzy. Specjalizacja neurochirurgiczna trwa w USA 6 lat. Jesli dobrze pamietam, po 5 roku czy nawet pozniej gosc dostaje raka pluc. Z testow genetycznych wiadomo, ze umrze, choc nie wiadomo czy za pare miesiecy czy lat. Po zaleczeniu raka wraca do pracy i wykonuje wszystkie te szalenie skomplikowane operacje, pracuje po 10-12h na dobe. Wraca do pelnej swietnosci operacyjnej. Po paru miesiacach dowiaduje sie, ze hmmn no wszyscy strasznie szanuja jego prace, przeciez nawet uwazaja go za w pewnym sensie genialnego, itd, alee... nie wiedza czy pozwola mu dokonczyc specjalizacje, bo nie wykonuje pelnej roboty papierkowej, tak jak powinien i jak robia jego koledzy. Gosc wraca i ora po 16 godzin na dobe i konczy ta pieprzona specjalizacje. 

Nie rozumiem. Ma zone, wie, ze urze, staraja sie o dziecko (IVF, bo on jest w trakcie leczenia) i on spedza w pracy 16 godzin! Dziennie!

Nie rozumiem. Zyje w swiecie lekarzy, kazdy z nich mniej wiecej wie, ze nie ma opcji zeby sie wyleczyl sie z jego typu raka pluc (a wiedza, ze jest chory i leczy sie w tym samym szpitalu co pracuje), widza jak mu zalezy, a i tak im tak strasznie przeszkadza, ze wykonuje mniej roboty papierkowej. Wiec trzeba go jeszcze lekusko przydusic.

Ja tam nie jestem specjalnie wrazliwa ani nie mam potrzeby dawania komus czegos ze wspolczucia, ale ludzie... sa jakies granice! 

Tak wiec wszyscy recenzenci widzieli w tej opowiesci opowiesc wybitnego lekarza, ktory stanal twarza w twarz ze smiercia i leczyl i do tego pisal ksiazke. Ja widzialam goscia, ktory nie wie co w zyciu wazne. Bo z cala pewnoscia nie praca. 

Ksiazke przeczytalam w poltora dnia. Tym niecierpliwym okiem, ktore mialo nadzieje, ze "w koncu sie zacznie".

Dla mnie nie zaczelo. Wiecej o zyciu nauczylam sie chodzby z Hen o ktorym pisalam niedawno. Takie niby bohaterskie godzenie sie ze smiercia, ktore z mojego punktu widzenia nie ma nic wspolnego z godzeniem a bardziej udawaniem, ze "nic sie nie stalo!" i mozna spedzic kolejne 16 godzin w szpitalu, to zdecydowanie nie moja bajka.

16:08, agradabla , KSIAZKI
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 stycznia 2017
NETFLIX

Dzis pierwszy dzien. Wyglada na to, ze sie zakochalam:)

00:41, agradabla , LONDYN
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 stycznia 2017
HEN. Na polnocy Norwegii

autorka: Ilona Wisniewska

Druga ksiazka autorki, ktora przeczytalam (po "Biale. Zimna wyspa Spitsbergen") i druga, ktora moge goraco polecic. Opowiada o tym jak zyje sie hen daleko, na samym zimnym koncu Norwegii. Gdzie nie dzieje sie nic, choc wlasciwie bardzo duzo. Czyta sie swietnie. Dawkowalam sobie ta ksiazke od swiat, zeby nie przeczytac za szybko. Swietna, tak tresc jak i jezyk. Pozycja do kupienia, posiadania i spogladania oczkiem, zeby przypomniec sobie wlasne uczycia i mysli, ktore klebily sie w glowie podczas czytania.

(A "hen", po ichniemu nie oznacza daleko, tylko nie tutaj w blizej niespecyfikowanej odleglosci)

 

XXX

Wprowadzilam nowa kategorie "ksiazki" zeby sie nie mieszalo z miejscami gdzie jestem, bo ksiazki podrozuja.

20:33, agradabla , KSIAZKI
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 grudnia 2016
2017

Wspanialego roku dla nas wszystkich! ❤️ a dla Zu dodatkowo- wszystkiego najlepszego z okazji 2-gich urodzin!...

00:04, agradabla , PRAHA
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 grudnia 2016
POSTANOWIENIE NOWOROCZNE

Sila spokoju.

Tylko tyle i az tyle. Za rada jednego ulubionego kolegi postanowilam sprobowac zaczac wiecej spraw olewac. Ba, nie tylko olewac ale olewac i robic swoje.


Jak sie uda bedzie to najlepszy prezent noworoczny jaki sama sobie dam.

00:15, agradabla , PRAHA
Link Komentarze (8) »
środa, 28 grudnia 2016
URODZINY, SWIETA cz. II

Wigilia byla bardzo mila.

Niestety Niedzwiadek sie pochorowal, lezal bidak drugi dzien z goraczka siegajaca 40 C. Na kolacje wstal z martwych.

Nawiasem mowiac ciekawe jest obserwowanie jak zmienia sie w mezczyzne. Nagle stáje sie coraz wyzszy, do nastepnego spotkania pewnie mnie przerosnie. Mowi grubym glosem (mam wrazenie jakby go ktos dabowal). I coraz trudniej kupic mu jakikolwiek prezent. Znam go jednak duzo mniej niz Matylde, bo chlopak, bo jeszcze mlodszy, bo juz mniej jezdzilam do Polski... a do tego nagle jest dorosly?!

Nawet Boski wydaje sie rozumiec, ze Wigilia u Siostruni to najlepsze rozwiazanie. Opor pysznego jedzenia, radosci z prezentow, jakies filmy, glupoty, gadanie. Jakos tak dobrze jest u Siostruni, domowo, nie nadecie. Tak akurat.

Prezentow jak co roku dostalam tyle i takich cudnych, ze az mi wstyd. Fakt, ze ja dostaje prezenty raz w roku, bo wszystkie okazje wypadaja w ciagu 2 dni. Jednak warto na ten razWrok czekac. Do tego Gosia sama kazala sobie nalac barszczu, Zu zjadla 3 pierogi i krokieta. Nie bede wyliczac co wszystko zjadlam ja, bo bylby to bardzo dlugi wpis.

W pierwszy dzien swiat obejrzelismy nowa Brigite (bardzo fajna) i "Jeszcze dalej niz polnoc", przyjemna francuska komedie. Przeczytalam pierwszy swiateczny prezent. Niestety w pierwszy dzien Swiat zaczela sie psuc Zu. Na tym etapie goraczke dalo sie jeszcze opanowac.

Wyjechalismy w drugi dzien Swiat po obfitym sniadaniu. Mysle, ze w dobrym momencie, bo jednak ryba i goscie 3 dnia zaczynaja smierdziec a my bylismy tam pelniutkie, zegarowe 4 dni. Mam nadzieje, ze maz Siostruni jeszcze nas tam kiedys wpusci. Dla pewnosci jakis czas nie bede sprawdzac ;)

Szesc godzin pozniej dojdchalismy do domku wiejskiego Boskich starszych.
Zu wygladala strasznie. I czula sie strasznie. Pierwszy raz w zyciu zaliczyla pelne 40C. Dostala nurofen, zrobilam jej octowe skarpetki, temperatura zaczela (powolliiiii) spadac.

Zjedlismy kolacje z rodzicami R. Byly piekne (powaznie) prezenty.

Ad prezenty: rodzice i Siostra Boskiego najchetniej kupuja ubrania. Tyle, ze maja dosc luzny stosunek do rozmiarow. I tak Gosia (na boso 118cm) dostala ubrania w rozmiarze od 110 do 128cm, jej 5 lat mlodsza Siostra od 92 do 104 a ja... w zwiazku z tym, ze zdaniem tesciowej jestem za chuda, zostalam dowgradowana z zeszlorocznego rozmiaru M na XS (choc jedno M tez bylo). Co ciekawe odbylo sie to bez faktycznej zmiany wagi (a po swietach to moze na plus:). Jakby sie ktos pytal rozmiar mam S, ewentualnie S/M, ale wejde sie jakos wejde do bardzo pieknych ubran XS, tylko skad ten pomysl?

O 21 Zu miala ciagle 38,6 stopni i do tego zsinialy jej stopy. Pojechalismy na pogotowie w Libercu.

Zbadali CRP, wycewnikowali. CRP 48, czyli nie jakies tragiczne ale jak na pierwszy dzien infekcji, wysokie, na szczescie to nie nerki.

W chwili obecnej goraczke ciagle jeszcze trzeba zbijac, ale jest lepiej. Zu nie opuszcza mnie nawet na krok. Miejmy nadzieje, ze antybiotyk zadziala przed Sylwestrem, kiedy lecimy do Londynu.

27 grudnia od rana Boski strzelal fochy. Bylo latwiej to przezyc, bo akurat mam dobry humor i mniej boje sie o Zu. Ciekawa jestem czy jego rodzice (bo zrobil scény przed rodzicami) widza jak on sie zachowuje, czy to ja jestem ta zla, bo nie daje sobie pluc w kasze. Choc w sumie... mam 40 lat, jestem juz chyba dorosla, mam to w dupie.

I tak powstalo moje postanowienie noworoczne...

Cdn?:)

 

00:48, agradabla , DROGA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 grudnia 2016
URODZINY, SWIETA cz. I

 Minely moje urodziny, minely swieta. Bylo dobrze.

Bylismy u Siostruni. Dlugo tym razem, bo nie widzielismy sie juz od sierpnia. Przyjechalismy 22 grudnia poznym wieczorem, odjechalismy w drugi dzien Swiat, rano.

Atmosféra miedzy Boskim i mna na poczatku nerwowa,  potem bez szalenstw. Pozostalosc z bardzo dziwnej niedzieli 18 grudnia i pobycie na Jestede. Czasem jego logiki nie ogarniam.

Dzien urodzinowy zaczelismy od wizyty u fotografa. Malo romantycznej - robilam zdjecia do nowego dowodu i paszportu. Mam zdjecie bez bryli, na ktorym mam (moim zdaniem) lekkiego zeza, oczy wielkosci mrowki i wyraz twarzy sugerujacy przebyty niedawno wylew, oraz lepsze zdjecie w brylach, na ktorym mam rowniez delikatny usmiech, dlatego nie przyjeli go w wydziale paszportowym. Bede wiec miala paszport zezowatej mrowki.

Po poludniu dostalam prezenty i pyszny tort bezowy a potem wyruszylismy w podroz sentymentalna do Bytomia.

Pierwszy przystanek - foto Mimoza. Chcialam sobie zrobic zdjecie "dyplomowe" takie co pani najpierw ustawiala nas tak jakby chciala wywrocic delikwenta na druga strone, przekreca glowe, szyje, ramiona a potem okazywalo sie, ze czlowiek na zdjeciu wyglada swietnie. Chcialam zobaczyc zmiane od ostatniego zdjecia, w oczach tego samego fotografa. Lazilysmy po Jagiellonskiej od konca do konca i nic, zapadla sie pod ziemie. Sprawdzilam adres: Jagiellonska 23! Super! Udalo mi sie nawet wejsc do srodka, biegiem do pierwszego pietra a tam okazalo sie, ze foto Mimoza to juz historia. Zostal szyld. Zrobilam sobie zdjecie szyldu na opustoszalym základ sie, na pamiatke.

Drugi przystanek - A. Najlepsza kolezanka z podstawowki. Wcale sie nie zmienila, tylko syn jej urosl jakos bardzo. Jej maz gotowal wigillie a my gadalysmy przy herbacie i piernikach (upieczonych przez meza programiste). Maja cudne mieszkanie. Jakies 12 lat temu kupili je za grosze od urzedu miasta, zupelnie zdewastowane i zrobili z tego, moim zdaniem, cudo. Pieknie wykorzystali mozliwosci jakie daja stropy na wysokosci 3,5m. Mimoza ponoc zanikla ze starosci. No tak, juz na etapie mojej podstawowki pani fotograf mlodka nie byla. Nie wiem czego sie spodziewalam.

Trzeci przystanek -Suplement. Spotkanie z najlepsza przyjaciolka z liceum, jej mezem i mlodsza coreczka. Jakos tak zgubilysmy sie na 10 lat a potem odnalazlysmy z dnia na dzien. Fajnie. Co ciekawe wcale sie nie zmienila. W Bytomiu w Suplemencie zamawia sie ciastko migdalowe. Czas na zmiany. Zjadlam zupe. Aromatyczna, z jablkami.

Przystanek czwarty - O. Przyjaciolko - sasiadka. Zaczelo sie w harcerstwie a potem wiele lat bylo. Zdziwilam sie, ze nie zaprosila mnie na swoj slub. Jakos tak zycie troche nas oddalilo, a potem znowu nieco przyblizylo. Nawiasem mowiac oni z mezem non stop remontuja mieszkanie. Jest coraz piekniejsze. O i jej maz to tacy swietlisci ludzie. Niewymuszenie dobrzy. Zupelnie z innej bajki, ktora bardzo mi sie podoba. 

O dom rodzinny nie zahaczylam, bo nie bylo czasu. Musielismy wracac, zeby uspac Zu.

I tak minely moje 40 urodziny.

Cdn.

23:59, agradabla , BYTOM
Link Komentarze (1) »
środa, 21 grudnia 2016
TU DZIS SPIMY

(zdjecie z internetu, nie moje niestety). Tylko dookola snieg...

IMG_6806

23:34, agradabla , DROGA
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 139